|
Zakładki:
Teksty na temat z GW
Zobacz
|
piątek, 23 lutego 2007
Co dziesiąty Polak ma depresję
Oto tekst, który w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej" opublikowała Dorota Frontczak.
wtorek, 06 lutego 2007
Gdy tylko zrobię coś dla siebie - w domu panują "ciche dni"
Od dwóch dni czytam cykl "Smutni Nastoletni". Wczoraj tekst przeczytali także moi rodzice. Czy wyciągnęli jakieś wnioski- nie wiem. Choć mój problem, moja depresja miała nieco inny przebieg. Wydaje się jednak, że słowo miała nie jest dość ostre - bo leczę się do dziś. Zacznę od tego, że mam 23 lata- więc, generalnie, nie mieszczę się w ramach nastolatka. Studiuję, z różnym skutkiem- ale zawsze do przodu- zaocznie. Moja depresja, przynajmniej początkowo, została uznana za sytuacyjną. Jako dziecko i nastolatek byłem uważany za osobę normalną - jeśli chodzi o nastrój. Teraz wiem, że depresja mogła zaistnieć u mnie już wtedy- w podstawówce. Ciągle bóle brzucha, ściskanie w dołku. Można zapytać, czy miałem powody. Otóż miałem. A przynajmniej tak mi się zdaje. Dziś nazwano by to znęcaniem się i przemocą w szkole. Jako dzieciak bowiem - nie ukrywam - byłem bardzo zniewieściały. Tutaj wyjaśnię - jestem gejem, choć w tej chwili- że użyję słowa Witkowskiego- nie jestem przegięty. Jako nastolatek byłem. Niestety. I owszem miałem grupę znajomych (w zasadzie cała moja klasa- przynajmniej oficjalnie nigdy mnie nie przezwała), którym moje zachowanie nie przeszkadzało. Ot, kujon, który całe dnie się uczy i czyta- to mu się w głowie poprzewracało. Klasa klasą - a reszta szkoły i osiedla sobie. Wielokrotnie byłem przezywany, zdarzało się użycie siły, splunięcia na korytarzu. Byłem z tym sam- nikt nigdy nie wystąpił w mojej obronie. Rodzicom było wstyd powiedzieć, nauczycielom też. W końcu ludzie na poziomie. I co miałem powiedzieć? Że nazywają mnie pedałem? Z resztą - rodzice pewnie by powiedzieli, że to dlatego, że tak się zachowuję. I tak, i tak zostałbym ze sobą sam na sam. W każdym bądź razie były dni, gdy po prostu płakałem i nie dawałem sobie rady. Gdy wstanie i pójście tam, do szkoły, było gigantycznym wysiłkiem. W liceum przynajmniej udawałem przebojowość - choć nic się nie zmieniło. Wmawiałem wszystkim, że się odchudzam. Chciałem, żeby ktoś zwrócił na to uwagę i pomógł w innych sferach. Naiwne? Bałem się iść na studia. Bałem się tego, jak mnie odbiorą- w zupełnie nowym, obcym środowisku. To dlatego poszedłem na zaoczne. Żeby się nie angażować, żeby nie być widocznym. A trochę też na złość rodzicom- bo to ich kierunek, nie mój (mój był nieżyciowy, beznadziejny i głupi). Wtedy było źle - ale jednak nie na tyle, by szukać pomocy. Myśli samobójcze się zdarzały. Często. Ale tylko myśli. Możliwe też, że to wpływ Schopenhauera, "Kwiatów Zła" Baudlaira i wierszy Tetmajera. Miałem liczne kompleksy - że jestem chudy, że mam pryszcze, że wreszcie jestem, kim jestem. Sam na sam ponad 20 lat z tą świadomością. Pisałem dziennik- to mi pomagało. Poznałem kogoś. Mężczyznę. O tym było w pamiętniku. Matka przeczytała kiedyś pamiętnik. I wtedy- w ciągu jednego wieczora- wszystko runęło, wszystko się wydało. Wszystko, co dusiłem przez lata - nagle znalazło ujście. Partner wtedy odszedł, zdradził i zrobił kilka innych przykrych rzeczy. A ja chciałem już ostatecznie skończyć z wszystkim. Ułatwić sobie - im- rodzicom. Bo może martwe dziecko jest lepsze od dziecka - pedała. Znalazłem pomoc u wspaniałej pani psycholog. Ona powiedziała, że nie jestem "nastygmatyzowany". Brałem leki. Zakończyłem terapię. Na krótko. Okazało się wnet, że mam chorobę afektywną dwubiegunową. Rodzicom nie odpowiada, że biorę środki farmakologiczne. Gdy wychodzę, mówią, że idę do "swojego pedała". Mam wrażenie czasem, że nie powinienem mieć prywatności, wszystko musi być pod kontrolą. I gdy tylko zrobię coś dla siebie - w domu panują "ciche dni". Chciałbym po skończeniu studiów cieszyć się szacunkiem - nie za to kim, ale jaki jestem. Chciałbym zająć się sztuką i urządzaniem wnętrz, projektowaniem - bo to kocham. Chciałbym być sobą. I nie mieć poczucia winy - jak teraz pisząc tego maila. Boję się, że rodzice przeczytają to, że znów będę musiał przejść przez to wszystko. A teraz chciałbym znaleźć pracę. Kupić lub choćby wynająć mieszkanie. Urwać się z domu- może to by nie powodowało ciągłych dołów. A przynajmniej nie słuchałbym, że rodzice wolą umrzeć, że są chorzy, że odebrałem im całą ochotę do życia- bo taki jestem i chciałem się zabić. Z resztą- chyba tylko wychodząc z gniazda mogę pomóc im i sobie. W domu nie miał z kim pogadać
Nie bez powodu włączyłam się do akcji SMUTNI NASTOLETNI. Wiele lat pracowałam jako pielęgnierka psychiatryczna w Klinice PAM. Doskonale pamiętam jak z pochyloną głową bez zupełnego poczucia rzeczywistości, rodzice wprowadzili 19-latka w oddział zamknięty. Podali personelowi kilka pękatych reklamówek i bez pożegnania z dzieckiem wyszli. Coś we mnie zakipiało i wybiegłam, by zapytać czy chcą wiedzieć na której będzie sali. Nie usłyszeli, bo głośno planowali wczasy w Kołobrzegu z rodziną ze Śląska. Damian w ciągu 2 tygodni zaakceptował miejsce pobytu chętniej też przyjmował leki przeciwdepresyjne. Dużo czasu spędzał w miejscu przeznaczonym do palenia papierosów, rozmawiał z ludźmi był zaabsorbowany różnością ludzkich problemów, oni też w jakiś sposób nie mogli mieć w najbliższym otoczeniu nic do powiedzenia, nie mogli odważnie decydować. W rezultacie brali już co było pod ręką. Śliczna młoda dziewczyna uzależniona od narkotyków chętnie opowiadała wszystkim palącym, że to "wapniaki" (rodzice) ją tak załatwili i zamknęli w "wariatkowie". Mowiła też o pełnym dostosowaniu na oddziale, by jak najprędzej wyjść. a wtedy załatwi ich ułozony światek z blokadami juz od przedpokoju. Nie będa ojciec z matką zrywać ze mnie spodni bo maja dziury na kolanach. Zabiore manatki i w Polske. Po czterech tygodniach Damian wyszedł na pierwszą przepustkę do rodzinnego domu ok 17 w piątek. O 24 ekipa Pogotowia Ratunkowego przyprowadziła chłopca w oddział. Z wywiadu od lekarza dowiedziałam się, że ojciec musiał interweniować bo Damian chciał uciec z domu. Ojciec nawet zakazał przekraczać mu próg mieszkania aż się nie wyleczy. Był okrutnie despotyczny, by pomóc swojemu dziecku, zdał sie na farmakologię i izolacje od najblizszych. Damian jedyny syn miał zostac prawnikiem - bo ojcu kiedyś sie nie udało. A ten chłiopiec tak pięknie i naturalnie umiał odbierac rzeczywistość, pisał wiersze i miał niesamowite poczucie humoru, i tym samym zrzeszał wokół siebie zawsze duże grono ludzi. Powiedział mi, że tak na poważnie chce zostac archeologiem, a na przepustce uciekał, bo w domu nie miał z kim pogadać i to tylko była mała prowokacja, by wrócić na oddział. Po pieciu miesiącach pobytu w klinice wyszedł i wyjechał z kolegą do Szwecji. Jest szczęśliwy no i niezły z niego archeolog. Nigdy dość mówienia o przeszłości
Nigdy dość mówienia o przeszłości. Zwłaszcza, gdy wtedy nikt nie chciał mnie wysłuchać. Kto bierze na serio problemy nastolatka? Mam 21 lat. Czuję się doskonale. Mam mnóstwo pomysłów na życie, prowadzę małą firmę, mam mnóstwo entuzjazmu. Studiuję dziennie. Od pół roku nie mieszkam z rodzicami. LO w Krakowie, klasa liczyła 39 osób. Rodzice mówili "To są najpiękniejsze lata twojego życia", a ja bałam się, że w takim razie moje życie będzie okropne... Czasy liceum zostawiłam za sobą z westchnieniem ulgi. Nie lubię spotkań klasowych. Nie lubię spotykać tych, dla których byłam gorsza. Nie umiałam znaleźć z nimi wspólnego języka. Ratował mnie fakt, że miałam chłopaka. Starszego o 6 lat. Tylko dzięki temu miałam jakąś pozycję w klasie, budziłam respekt. Musiały minąć trzy lata, zanim zdałam sobie sprawę z tego, że codzienne płacze przez chłopaka, to objaw chorego związku. Obrażał się nieustannie, był chorobliwie zazdrosny. Ale imponowałam innym, to się liczyło. Proszę, powiedzcie innym, że ze wszystkiego da się wyjść.
Myślę, że temat, który poruszyliście jest bardzo potrzebny. Dzięki niemu dużo ludzi uświadomi sobie, że depresja to choroba, a nie "histeria" nastolatkow. Mam teraz 20 lat. Rok temu udało mi się wyjść z depresji, choć wydawało mi się to niemożliwe. Chorowałam od 14 roku życia. Czas ten dla mnie byl stracony. Dopiero teraz odrabiam "zaległości" w życiu. Przez ten okres byłam 10 razy w szpitalach psychiatrycznych. I nie boję się tego powiedzieć: takie szpitale to w głównej mierze zło! Byłam zarzucana psychotropami (ponad 20 tabletek dziennie!), gdy tymczasem tylko mi się pogarszało. Niejako po drodze przyplątały mi się jeszcze zaburzenia odżywiania i inne świństwa. Na szczęście po pewnym czasie natknęłam się na bardzo mądrych ludzi. Lekarze Ci odstawili mi wszystkie leki, pokazali, jaka drzemie we mnie siła. Poczułam, że naprawdę mogę żyć! Sama. Nie złamałam się nawet gdy 2 miesiące po wyjściu ze szpitala moja mama ciężko zachorowała. Znów trafiłam na mądrą osobę, wychowawczynię na obozie. Ona też we mnie uwierzyła. Dzięki temu teraz przygotowuję się do matury, mam świetną średnią ocen i czerpię z życia garściami. Świecie Dorosłych!
Czy zapomniałeś już, jak to było być młodym, brzydkim, zagubionym...? Kiedy wszystko staje sie trudniejsze i bardziej skomplikowane...? Wymagasz od nas tak wiele, bo nie pamietasz chyba jak to jest, gdy nie można sobie z tym poradzić... Ja prosze tylko o odrobinę zrozumienia... Przypomnij sobie te chwile słabości, chciało Ci sie płakać, a tu trzeba byc silnym, zdecydowanym, głowa do góry i do przodu, heej! A tu trudno jest nawet wstać rano z łóżka, kiedy ma się poczucie, że dzisiaj będzie kolejny bezsensowny dzień, że Ty znów dasz mi kopa w cztery litery, znów pokarzesz, kto jest górą... Pamiętasz, jak to było, kiedy zadawałeś sobie pytanie "jaki jest sens.. co będzie potem... kim ja tam na prawdę jestem"...? I ten tak zwany niepokój matefizyczny... Taak, dokładnie tak to było. Niektórzy o tym niestety zapomnieli... Nie mam pomysłu na życie, ale proszę Cię, Świecie Dorosłych, wybacz mi te błędy, które popełniam, szukając tego pomysłu. Nie chcę, żeby było takie smutne jak dotychczas...
poniedziałek, 05 lutego 2007
Kto może mi poradzić do kogo zapukać, gdzie szukać pomocy?
Mam problem z córka, która skończyła szesnaście lat, a jest ciągle w gimnazjum - powtarza ostatnią klasę gimnazjalna. Niestety w tym roku problem z jej nauką sie jeszcze bardziej pogłębił, a właściwie nie z nauką, a z uczęszczaniem na zajęcia. Z powodu opuszczonych zajęć nie była sklasyfikowana z wielu przedmiotów na pólrocze, a z wielu innych miała po prostu jedynki. Po jakimś czasie kiedy córka ponownie została zaatakowana w szkole tym razem przez inna uczennicę zareagował zupelnie inaczej. Podburzona przez klasę pobiła ową uczennicę i posuneła się nawet do gróźb. Sprawa trafiła na policję i tym razem to moja córka trafiła do sądu. Cały czas była leczona u psychiatry z powodu, tym razem, depresji. Niejednokrotnie słyszałam, że najchętniej to pójdzie nad rzekę i rzuci sie z mostu. Psychiatra do dziś ordynuje leki ale u mojej córki nie widzę poprawu. W tym roku przestała brać leki i w ogóle już prawie nie chodzi do szkoły. Poinformowano mnie, że również w tym roku będzie powtarzać ostatnią klasę gimnazjalną - po raz trzeci! Probowalam znaleźć inne rozwiązanie, szukałam innych szkół - z takimi wynikami i problemami nigdzie nie chcą dziecka. Nie mam pojęcia gdzie by dalej szukać pomocy. Przeczytałam, w artykule że jest coś takiego jak Szkolny Ośrodek Socjoterapii. Próbowałam go znaleźć w internecie, chodzi mi o Poznań, ale niestety nic nie znalazlam, poza szkołami pozagimnazjalnymi.
Myślę, że rodzice mnie nie rozumieją
A ja jestem w takiej dziwnej sytuacji... Wszędzie w mediach trąbi się teraz w kółko "Rozmawiaj z dzieckiem, rozmawiaj i rozmawiaj...", a moim problemem jest właśnie to, że moi rodzice... chcą ze mną rozmawiać. Wiem, to na pewno dużo mniejszy problem niż gdyby mieli mnie ignorować, ale sytuacja potrafi zdenerwować. Przykład? "Co w szkole?" - kogo z nas to pytanie nie dręczy dzień w dzień? Nie wiem - mnie dręczy na pewno. Zawsze odpowiadam "A dobrze". I koniec rozmowy. Naprawdę, ja po prostu nie wiem jak dalej ciągnąć dialog. O czym mam opowiadać? O lekcjach? O złych ocenach, żeby rodzice zaczęli prychać i fukać? O dobrych ocenach, żeby dali mi buzi w czółko? Równie dobrze mogłabym wymyślić sama resztę rozmowy, bo to co powiedzą, jest w 100% przewidywalne. Cóż, jestem z tych ludzi, którzy nie lubią dzielić się swoją prywatnością i problemami z kimś starszym; o tym wolę rozmawiać z rówieśnikami. Kiedyś byłam zupełnie bezradna wobec innych dzieciaków, bezpiecznie czułam się tylko z rodzicami i w domu, a kiedy miała do mnie przyjść koleżanka, to mogłam się nawet rozpłakać. To zmieniło się w piątej klasie, i trwa aż do teraz, kiedy to przed ludźmi w moim wieku nie mam tajemnic, a przed rodzicami zawsze odruchowo - niezależnie, co tam jest - zamykam okno internetu albo wyłączam telewizor, bo nie umiem inaczej. Posiłki zawsze zabieram do innego pokoju. W aucie, kiedy ojciec odwozi mnie do szkoły, mój brat gada jak najęty, a ja jestem cicho. Nie to, że nie kocham moich rodziców albo myślę, że totalnie mnie nie rozumieją. Ja zwyczajnie żyję w innym świecie. Może jestem socjopatką, ale czuję się z tym dobrze. Do czasu, aż do pokoju nie wejdą rodzice... Zrozumiałem, że rodzice też mają problemy, choć nie zdają sobie z tego sprawy
Witam, Nie jestem juz nastolatkiem. Niedawno jeszcze nim byłem, co nieco pamiętam. Ta historia zaczęła się, kiedy miałem szesnaście lat. Był ojciec, który nie potrafił (i wciąż nie umie) prosto odpowiedzieć czy coś jest moralne, czy nie, czy dobre, czy złe. Jego syn miał ochotę bić głową w ścianę. Była matka, która notorycznie wyżalała się synowi na ojca - że leniwy, że o niczym nie pamięta, że w domu nic nie robi. Któa chciała, żeby syn go zastępował - opłacał rachunki, prowadził domową księgowość, opiekował się siostrą, jeszcze w przedszkolu; kiedy jednak w jakikolwiek sposób jej narzekania wpływały na zachowanie syna wobec ojca - pacyfikowała sytuację. Do gruntu, choć tylko słownie. Po takich dwóch pacyfikacjach przez następne cztery lata syn nie wiedział, czy ma jakiekolwiek prawo mieszkać z rodzicami. Miał w głowie jedno: "nic nie jest twoje, nawet twój charakter - wszystko to jest nasze, daliśmy ci to z łaski". Wracał do domu: szdł z psem, odkurzał, gotował, szedł po siostrę, odgrzewał, zmywał po wszystkich. Czasem mył podłogi i je pastował. Potem się uczył. Słyszał jeszcze czasem, że powinien znaleźć pracę. Kiedy znowu czuł się traktowany jak sługa (a bał się to powiedzieć), bił głową w ścianę, w blat stołu. Kiedy nikt nie widzał, choć z pewnością słyszeli. Nie wpadł w depresję - tego był pewien. Myślał o psychologu, który może powiedzałby mu, jak rozmawiać z ludźmi tak, żeby potem nie rozbijać głowy na ścianach. Bał się takej rozmowy - może dlatego, że pokazałby sobie, że ma problem? Wolał dać sobie obić głowę, złamać nos. Dziś już nie robię sobie krzywdy, unikam jej. Jestem zaręczony z cudowną dziewczyną; dzięki niej wierzę, że jestem wartościowym człowiekiem. Nauczyłem się nie przejmować rodzicami w takim stopniu, jak poprzednio. Już przetrwałem, co moje, to już jest za mną. Zrozumiałem, że rodzice też mają problemy, choć nie zdają sobie z tego sprawy. I tylko siostra mnie martwi - siostra, która nie ma własnego pokoju (choć mamy trzy), z którą nie umiem inaczej rozmawiać niż przez atak słowny i z którą rodzice też tak rozmawiają (ponoć nauczyli się ode mnie - ale wiem teraz, że to bzdura). Która ma znowu kłpoty (ma je od kilku lat) z aklimatyzacją w szkole. Nie umiem jej pomóc inaczej, niż wyprowadzając się do rodziców mojej narzeczonej i oddając jej mój pokój. Potrzebuje swojego miejsca, ma już trzynacie lat. Mam nadzieję, że moje dzieci będą miały lepiej. I że nie przedobrzę. PS. Przepraszam, że napisałem większość tekstu w trzeciej osobie. Nie umiałem inaczej. Nie chcę, aby inni przeżyli to samo co ja
Bardzo poruszył mnie artykuł zamieszczony 27.01 w "Wysokich obcasach" o depresji wśród młodzieży. Właściwie dopiero czytając ten tekst uświadomiłam sobie, że byłam dokładnie taką nastolatką, o której pisze autorka. Dziś jestem dwudziestosiedmioletnią kobietą. Nie wyszłam za mąż, nie robię kariery, od dwóch lat walczę ze swoim uzależnieniem od narkotyków. 10 lat temu byłam wypisz wymaluj bohaterką wspomnianego artykułu. Smutna, zagubiona, nie widząca sensu w życiu nastolatka w czarnych ciuchach, z upiornym makijażem, słuchająca smętnej muzyki, pisząca smętne wiersze, bardzo zdolna, ale nie radząca sobie ze stresem i szarością codziennego dnia. Może gdyby wtedy mówiło się, pisało o depresji wśród młodzieży, udzielonoby mi fachowej pomocy, której bardzo potrzebowałam, może moje życie potoczyłoby się inaczej. Dlatego cieszę się, że ktoś stara się rozpowszechnić wiedzę na temat problemu depresji wśród nastolatków, bo może dzięki temu wielu rodzicom uda się ocalić zdrowie i życie dzieci. Jestem pewna, że moim rodzicom by się udało, gdyby ktoś dał im odpowiednią wiedzę. Dziś nie narzekam na swój los. Jestem wdzięczna za wszystkie doświadczenia, które mnie spotkały. Zaczęłam szkolenie na terapeutkę i wiem, że dzięki temu, co przeżyłam, będę mogła pomagać innym, aby już nie musieli doświadczać tego,co ja, a jeśli już ich to spotkało, żeby łatwiej im było się z tego wyplątać. |